Za każdym razem, kiedy kończę jakąś poważną rozmowę z moimi szanownymi rodzicielami, nasiąkam wręcz przeświadczeniem, że jestem upośledzona psychicznie. Ostatnio efekt ten nasila się w postępie wręcz logarytmicznym, bo do podniosłych tematów dotyczących mojej ścieżki w życiu i studiów dołączył pewien zupełnie niepasujący, żeby nie powiedzieć głupkowaty...kot, poraz kolejny.
Wydawałoby się, że 5 miesięcy z okładem wystarczyło do przedyskutowania sprawy. Owszem, wystarczyło, ale do zapłacenia zaliczki. Po jakimś czasie względnej ciszy i kupowania rozmaitych kocich rupieci, nastał Czas Niepokoju i Obawy, podążany przez Czas Zrezygnowania z Kota. A jak to się właściwie zaczęło?
Każdy z nas ma swojego ‘fachowca’, to jest człowieka, który najlepiej na świecie zna się na czymś, w czym niekoniecznie jest dobry. Otóż, jak się niedawno okazało, moja mama żyje w środowisku, które aż roi się od kociarzy-fachowców, tak więc niezwłocznie postanowiła dowiedzieć się coś niecoś o naszej wąsatej kruszynce, po którą jechać mamy za tydzień lub dwa. Podczas, kiedy ja siedziałam sobie w domu/opierdzielałam się po mieście/ przerzucałam kartki z równaniami Schroedingera/ czytałam o relatywistycznym skróceniu obiektów, biedna głowa matki szpikowana była historiami z piekła rodem, po których wracała z pracy z przekrwionymi z przerażenia oczami, wybuchając nagle przy obiedzie, jaką to bestię planuję im do chałupy sprowadzić. Po momencie zgłupienia, o co do cholery chodzi, zabierałam się do uspokajania i tłumaczenia, że to tylko kot syjamski, a nie śliniący się maszkaron, którego jedynym celem jest poszatkowanie na plasterki naszej nowej skórzanej kanapy i tłumaczyłam, że koty mają naprawdę lepsze zajęcia, niż chroniczne rzyganie po ścianach (bo o tym fachowcy także nieomieszkali wspomnieć). Na ile to poskutkowało, zobaczymy za parę dni, kiedy to przyjdzie nam ruszyć się do Warszawy, celem odbioru tego krwiożerczego mutanta.
A fachowcom dziękujemy i z całego serca błogosławimy.
I oto nadszedł TEN dzień, dzień wyjazdu, porzucenia tutaj całej tej przygody, zabrania stąd swojego życia, raz a porządnie. Jak na złość, pada bez przerwy, pod domkiem porobiły się pokaźne kałuże, z okien można obserwować, jak żaby cieszą się z deszczu. Oprócz miarowego uderzania kropli o las, panuje niewiarygodna cisza, wszystkie żywe stworzenia wydają się przyjmować opady niemal z jakimś religijnym skupieniem i namaszczeniem. Powietrze nabrało ostrego, wilgotnego zapachu nasiąkniętego mchu i oślizłej od nadmiaru wody kory, oziębia twarz okazjonalnie wpuszczone do nagrzanego ogniskiem pomieszczenia. Przy całej tej symfonii woni i dźwięków, które przypominają coś jak stukanie mrówczych nóżek o miękki podszyt z igliwia, dają się zauważyć niewielkie, bo może wielkości głowki od szpilki, leśne diamenciki i klejnoty pozawieszanie na rachitycznych wysuszonych gałązkach, odbijające krajobraz nieco go przekręcając i bujając się miarowo przy najmniejszym podmuchu deszczowego zefirku biegnącego od rozleniowionego jeziora. Niebo przy tym uderza swoją bielą, która przechodząc w mleczną zawiesinę mgieł wtapia się delikatnie w burozielone odcienie koron drzew, raz po raz poprzecinanych ciemną, stanowczą, obrośniętą porostami kreską pni.
A we wsi domy zmęczone, które przed deszczem jakby pod własnym dachem schronić się chciały...

Człowiek rodzi się całkiem sam. Malutka iskierka świadomości zostaje wspasowana jak element jakiejś niepojętej układanki w odcinek czasoprzestrzeni, który śmiemy nazywac naszą Rzeczywistością i im dłużej pozostaje w nim uwięziona, tym bardziej rozumie, że nic cudowniejszego nie mogło jej spotkać. A przecież zdawałoby się, że wszystko, co się dzieje, jest całkowicie przypadkowe, niezaplanowane i nieznane. Że jesteśmy tu całkowicie sami, bez żadnej pomocy, bez wyjaśnienia o co, na bogów, chodzi w tym koktajlu prawdy i fikcji, dokąd zmierzamy, jaki jest cel tej wycieczki, która raczej przypomina kręcenie się na karuzeli. Kiedyś intrygowały mnie odpowiedzi, a raczej ich brak, na powyższe pytania. Ale teraz wole cieszyć się samą podróżą, zamiast mysleć o przystanku końcowym. Nawet, jeżeli siedzenia bywają niewygodne, nawet, jeżeli nocny wiatr pędząc przez posrebrzane księzycem pola zgubi drogę i wpadnie przez uchylone pociągowe okno, muskając włosy...to wszystko jedynie zachęca do tego, by jeszcze mocniej przytulić ta jedyną ukochaną osobę, skulić się w jej ramionach i...umierać, ze szczęścia, właśnie tak. Bo któżby nie chciał, żeby jego śmierć nie była przyjemna?
I kiedy istota ludzka znajdzie się pomiędzy innymi, do których czuje irracjonalny magnetyzm, przeradzający się z czasem w przyjaźń i silną więź, którą moglibyśmy śmiało nazwać miłością, jej duszę zaczyna zalewać świadomośc tego, że ma do czynienia z mnóstwem podobnych do siebie stworzeń, od których różni się jedynie takimi drobnostkami, jak kolor oczu czy długość paznokci, a idąc dalej szlakiem owych szczegółów, dochodzimy w końcu do bardziej istotnych cech, jakimi są cechy charakteru. I to właśnie one, można powiedzieć, różnią nas najbardziej, choć i to określenie nie jest w pełni trafne, gdyż, jak sami wiemy, nikt nie jest taki sam do końca swojego ziemskiego życia – na szczęście. Każde żywe stworzenie prędzej czy później musi ulec prawu postępu i to usilne uleganie możemy obserwować każdego dnia. Pamiętać należy jednak, że życie to nie jest sport dla widzów i sami od czasu do czasu się w nie zaangażujmy, bo każda chwila dzieje się tylko raz.
No to porozwiązuję sobie zadania! Mnóstwo zadań!- pomyślała wesoło Marta zrywając się z łóżka. Bardzo cieszyła się, że tym razem udało jej się wstać nieco wcześniej niż zazwyczaj, i wystarczyło jej jedynie 9 godzin snu, aby zregenerować swój organizm po szalonym wieczorku fizycznym, który sponsorował dział 'Elektrostatyka'. Ubrała się, zrobiła sobie pożywne śniadanko, nakarmiła upierdliwego żółwia, który podgryzał ją w stopy i...poszła do komputera, a co. Spędziła mnóstwo czasu na pogaduszkach ze swoim facetem i kochanką, poczytała forum, poszperała po różnych bezsensownych stronach typy maxior.pl i tak jej czas upłynął do południa, kiedy to stwierdziła, że przydałoby się obiad zrobić. A upichcić miała nie byle co, chińszczyznę, którą jako jedyna wpieprza pałeczkami, na co cała rodzina patrzy dosyć pobłażliwie. Przygotowywanie obiadu zajęło jej trochę czasu, pochłonięcie również. A że na MTV byli geje, to telewizor też nieco zabrał. No i jak się uczyć w takich warunkach?! Ale postanowiła się nie poddawać, wzięła swój ukochany pomarańczowy Zbiór Zadań z Rozwiązaniami i...
-It's party time...-wycedziła przez zęby, wertując książkę w poszukiwaniu nierozwiązanych jeszcze zagadnień. Napięcie rosło z minuty na minutę, o czym dawało znać serce swoim łomotem i pulsujące żyły na skroniach. Pot lał się stumieniami, podczas gdy rozbiegane oczy przeglądały potrzebne wzory. Potencjał? jest! Natężenie? Jest! Szukane - ładunki Q1 i Q2. To jest nasza misja, żołnierze, wyciągnąć z wroga potrzebne nam informacje o potędze poszczególnych szwadronów! Dawać z siebie wszystko, nie ma taryfy ulgowej! Gadaj, ty szmato, co planujecie! Jakie są wasze zamiary! Nie odbierzecie nam ziemi, sukinsyny pieprzone, lepiej, żebyście zdradzili, jakie są te cholerne ładunki potrzebne do wyrównania natęzenia i potencjału,albo.. jezusmaria czy ja wzięłam błyszczyk? ..bo Marta wyjeżdża jutro do Krakowa, i pomiędzy wizytami u zaprzyjaźnionej kawalerii pakuje rzeczy do plecaka! Ah,ta nasza Marta, jakie to niemądre i nadpobudliwe dziecko! Życzmy jej szerokiej drogi!
"ANIMATED MOVIES ARE EVIL", zdaje się mówić RJ. Może jest w tym trochę racji?
Filmowe giganty ruszyły do boju. Disney, zamiast jednej porządnej produkcji, wypuszcza rocznie kilka syfiastych filmów dla dzieci. Fabuła jest zazwyczaj zmieszaniem pomysłów z poprzednich bajeczek, wszystko zawsze kończy się dobrze, morał jest widoczny aż do bólu, a humor oscyluje w okolicach tego, jaki reprezentują spadające kowadła. Kiedyś to było fajne, kiedyś mnie to bawiło. Ale kiedyś Disney był inny.
Dreamworks jest dosyć nową firmą, jezeli chodzi o animację. I teraz, uwaga, oficjalnie zdradzam Disneya, bożka mojego dzieciństwa, oglądając filmy konkurencji. Chociaż w sumie co to za zdrada, na pewno nie finansowa, bo nie mam najmniejszej ochoty sypać Kinoplexowi 15 złotych za półtorej godziny wgapiania się w srebrny ekran. Nie to, że nie mam kasy - jestem po prostu za skąpa na takie atrakcje.
Niemniej 'Over The Hedge' udało mi się obejrzec i posiąść na własność innymi sposobami, czym niezwłocznie miałam zamiar się podzielić z moimi rodzicielami. Okay, ale dopiero po Wiadomościach i pogodzie. No to idę do kuchni narobic trochę popcornu, tak, żeby nieco klimatycznie było. Wracam, zasłaniam okna, włączam DVD i jazda.
Siedzę i nie jestem w stanie oderwać wzroku od tego, co sie dzieje na ekranie. Kij z tym, CO się akurat dzieje, ważne JAK. Efekty 3D, oświetlenie, zwierzaczki takie puszyste, aż chce się pogłaskać. No i ta gładziutka animacja, miodzio. Ekstaza dla zmysłów. Ale fabuła też jest niezła. Angażuje emocjonalnie. Ostatnio lubuję się w bad guy'ach, dlatego moje serce zdobywa od razu RJ, przez to swoje krętactwo, egoizm i świńskie postepowanie z innymi zwierzątkami. Już go kocham.
Ale, ale... odrywam się na chwilę od korytka z popcornem i patrzę na moich towarzyszy. Mama? Robi na drutach, co jakiś czas rzuca okiem na napisy, przegapiając najważniejsze sentencje filmu, te, które budują fabułę. Robi na drutach.
Ojciec? Wydaje się nawet być zainteresowany, ale w końcu zaczyna się wiercić i pyta mnie, czy "lubimy oglądać takie filmy". Jakie? Oczywiście animowane. Nie rozumiem, mówię, że cały świat to teraz ogląda. Na co mama dosyć poważnym, aczkolwiek spokojnym tonem odpowiada, że oni już dawno 'wyrośli' z takich rzeczy.
No tak, bo w sumie to bez różnicy, czy to South Park, czy Smerfy. Animacja jest dla dzieci. I pomysleć, że ja jakiś czas temu byłam w stanie zmarować ponad cały dzień bez przerwy, żeby stworzyć 7 klatkową animację, zeskanować ją, pokolorować i skleić. 7 klatek. A w normalnych, szanujących się filmach, mamy do czynienia z 25 klatkami na sekundę. Kurna, na miejscu moich starych obejrzałabym ten film chociażby z szacunku dla tych ludzi, którzy się nad nim męczą. Ale ja mam spaczony punkt widzenia, przez to moje rysowanie i fakt, że marzę o karierze w tej animowanej branży.
"Over The Hedge" to absolutny masterpiece. Zobaczcie go jakoś, za 15 zł albo za darmo, bo warto.
czwartek, 18 marca 2010
Licznik odwiedzin: 6434